Balagan od podszewki – o marce, która nie uznaje kompromisów

Udostępnij

Balagan od podszewki – o marce, która nie uznaje kompromisów

Z kartki papieru na sklepową półkę prowadzi droga pełna poprawek. Jak mówi współzałożycielka Agata Matlak-Lutyk: „Zazwyczaj te rzeczy wychodzą w bólach”.

Karolina Liczbińska

Opublikowano: 20.10.20214 minczytania

fotografia – kolekcja Balagan, materiały prasowe

Ilustracja: kolekcja Balagan wiosna-lato 2021 (fot. materiały prasowe)

  • Za ciosem!
  • Za młode, by tworzyć?
  • Metoda prób i błędów
  • Spójna twórczość 
  • Przede wszystkim eko!

Jak w ogóle to wymówić? „Bałaganiary, Balagan, Bałagan – w biurze co chwilę ktoś mówi inaczej”, mówi Agata Matlak-Lutyk, współzałożycielka marki. Trochę celowo, bo wybrały tę nazwę ze względu na połączenie dwóch światów wpisanych w DNA marki: Polski i Tel Awiwu. Słowo „balagan” znaczy dokładnie to samo, co nasz swojski „bałagan” – przywędrowało do Izraela w zeszłym stuleciu razem z polskimi emigrantami.

Za ciosem!

Agata poznała się ze swoją przyszłą wspólniczką Hanną Ferenc jeszcze jako licealistka, w trakcie kursów przygotowujących na wydział wzornictwa. Szczęśliwym zrządzeniem losu obie dostały się na wymarzony kierunek, który zapoczątkował ich wieloletnią współpracę. Pomysł na firmę zrodził się w ich głowach, gdy były jeszcze świeżo upieczonymi absolwentkami. Dwudniowy wakacyjny kurs robienia butów był dla Agaty iskrą, która zapoczątkowała w niej płomienną miłość do szewskiego rzemiosła; Hania skończyła kurs szycia torebek w czasie wymiany studenckiej w Izraelu. Wiedziały, że tworzą zgraną drużynę, więc kiedy jesienią Hania wyjeżdżała do Izraela już na stałe, postanowiły iść za ciosem. „Pomyślałyśmy, że chcemy przekuć to w coś innego niż tylko rozstanie”, mówi Agata. „W tym czasie nasz znajomy chciał zainwestować w jakąś markę. Po drodze znajomy się zmył, ale my kontynuowałyśmy ten projekt, zainwestowałyśmy nasz czas i pieniądze. Żadna z nas nie miała biznesowego doświadczenia, ale po prostu się odważyłyśmy. W dzień odpalenia marki na [targach mody HUSH Warsaw] okazało się, że musimy mieć kasę fiskalną... Każdy dzień to była lekcja”. 

Za młode, by tworzyć?

„Po wzornictwie dostajesz do ręki zestaw narzędzi, który pozwala ci potem projektować różne rzeczy, od kranu do identyfikacji wizualnej” – kontynuuje Agata. Ale – jak się okazało w tamtym momencie – zestaw narzędzi to nie wszystko. Dziewczyny niewiele wiedziały o butach i torebkach, więc aspekt biznesowy okazał się sporym wyzwaniem. Jeździły do manufaktur, prosząc o wykonanie prototypu swoich projektów, ale niewielu producentów traktowało poważnie dwie 23-latki. W końcu trafiły w dziesiątkę: „Znalazł się jeden wykonawca, pan Andrzej, który robił buty ortopedyczne i nie miał wielkiej zajawki wzorniczej, ale jak zobaczył, co chcemy zrobić, totalnie się wkręcił i zaangażował”. Wieczorami spotykali się w McDonaldzie, gdzie omawiali progres kolejnych projektów. Choć Balagan produkuje teraz na o wiele większą skalę i korzysta z usług wielu manufaktur, pan Andrzej nadal jest zaangażowany – szyje botki Lea. Apaszki szyte są w Milanówku, najsłynniejszej manufakturze polskiego jedwabiu, której tradycja sięga lat 20. ubiegłego wieku; dwie manufaktury produkują torby, dwie inne zajmują wytworami z bawełny. 

Metoda prób i błędów

Obie projektantki podchodzą do angażowania lokalnych biznesów z wielką pasją. Większość mikro-biznesów powstało w latach 90., kiedy pozamykano wiele państwowych zakładów pracy. Tysiące ludzi z fachem w ręku postanowiło kontynuować pracę we własnym zakresie: w osobnym pokoju czy w garażach za domem. Agata przywołuje jedną z malutkich szwalni, należącą do pani Halinki: „Manufaktura, z którą pracujemy, zleca jej uszycie konkretnych cholewek konkretnego modelu. I ta manufaktura ma 20 takich pań w okolicy, więc właściciel jeździ pomiędzy nimi i zbiera materiały od kogoś kto wycina, kogoś kto szarfuje…”. Ale zanim but trafi do produkcji, musi najpierw przejść przez żmudny, wieloetapowy proces projektowania. Żeby zrobić projekt, trzeba najpierw znaleźć kopyto. Rysunek Hani i Agaty zostaje wysłany do Włoch, gdzie producenci tworzą je od zera albo dostosowują istniejące. Potem, po serii poprawek i dopasowywania, prototyp buta trafia do pracowni. „Ostatnio poprawiałyśmy jedno kopyto 20 razy, bo cały czas wychodziło, że uwiera w pięty. Każdy materiał jest inny, więc po drodze prototypowania jest dużo zmiennych”. Niektóre projekty czekają na sfinalizowanie nawet rok. „Rzadko kiedy jest tak, że jest jeden strzał i się udaje. Zazwyczaj te rzeczy wychodzą w bólach”. Z torebkami wcale nie jest łatwiej – nawet znalezienie wymarzonego okucia potrafi być problematyczne... „Żeby nie mieć tego, co mają wszyscy, trzeba się trochę wysilić”.

Spójna twórczość 

Chociaż Hania i Agata zaczynały od robienia wszystkiego wspólnie, dzieląc się nawet skrzynką mailową, po czasie okazało się to uciążliwe. „Czułyśmy, że dużo nas przytłacza i że nasz zespół też potrzebuje wsparcia, więc zaprosiłyśmy Bożenę Kowalkowską, która zajmuje się odzyskiwaniem czasu. Pomogła nam poukładać priorytety”. Mimo wszystko, obie nadal chcą uczestniczyć w procesie twórczym: „Razem projektujemy, zbieramy sobie inspiracje miesiącami. Potem siadamy i sobie to porządkujemy, wyznaczamy kierunki, rysujemy, komentujemy. To bardzo wspólny proces”. 

Przede wszystkim eko!

Obecnym ulubieńcem Agaty są mokasyny Tefer, w których przechodziła cały zeszły sezon. Dzięki nowej technologii szycia, da się je zwinąć w kulkę, choć są niezwykle wytrzymałe. Ale nowe technologiczne rozwiązania nie zawsze przychodzą lekko. Przez ponad rok zespół Balagan próbował znaleźć prawdziwie ekologiczny odpowiednik skóry do stworzenia wegańskiej kolekcji. „Zamawiałyśmy Pinatex, skóry z jabłka i inne... a potem okazywało się, że 60% procent to poliuretan, a te jabłka są jakaś posypką. Zatrudniłyśmy specjalnie osobę, która zajmowała się researchem (...), ale okazało się, że nie ma takiego materiału, który nie byłby z plastiku”. W końcu usłyszały o skórze z grzybów – rozwiązaniu, którego użyła ostatnio Stella McCartney. Znalazły nawet tego samego producenta, ale nic z tego – okazało się, że produkuje ten materiał wyłącznie dla marek z luksusowego koncernu, do którego należy. Z ciężkim sercem zrezygnowały z pomysłu używania wegańskiej skóry, bo żadne z rozwiązań nie było prawdziwie dobre dla środowiska – pseudo-eko skóra z jabłek to na przykład mieszanka z wysoką zawartością poliuretanu, której nie da się potem nawet zrecyklingować. „To była smutna decyzja po ponad roku poszukiwań. Wiadomo, to byłby super PR, ale zdecydowałyśmy, że nie wykorzystamy tego w ten sposób”. Stanęło na impregnowanej organicznej bawełnie, wkładki są z kokosa i korka, podeszwy z kauczuku albo z lanego lateksu. Mimo wszystko, Hania i Agata wierzą, że kiedyś przyjazna środowisku kolekcja z wegańskiej skóry stanie się rzeczywistością. „To była nasza duża inwestycja. Bardzo chcemy się rozwijać w tym kierunku”.

Podobne

Regularna porcja wiedzy prosto do Twojej skrzynki

Co tydzień dzielimy się z Tobą specjalnie wybranymi artykułami, które piszemy we współpracy z ekspertami medycyny i psychologii. Co Ty na to?

Regularna porcja wiedzy prosto do Twojej skrzynki

Co tydzień dzielimy się z Tobą specjalnie wybranymi artykułami, które piszemy we współpracy z ekspertami medycyny i psychologii. Co Ty na to?

Autor_ka

Karolina Liczbińska

Z wykształcenia dziennikarka, z zamiłowania organizatorka pikników. Mieszkała kilka lat w Londynie, ale zatęskniła za szelestem ojczystego języka i polskimi pomidorami. W wolnych chwilach śpiewa do roślin doniczkowych i piecze fasolowe brownie.

Well-being

„Na początku dużo się kłóciliśmy”. Kati Romanowska i Łukasz Czarny z MUAS

Profesjonalnie twórcy ceramicznych cudów, prywatnie czarująca para. Kati i Łukasz opowiadają o zaletach stawiania wszystkiego na jedną kartę – i wyzwaniach prowadzenia wspólnego biznesu.

Karolina Liczbińska

CBD: o co biega?

Karolina Liczbińska