Girlboss – dziewczyna czy szef?

Udostępnij

Girlboss – dziewczyna czy szef?

Kim jest girlboss? Silną, pewną siebie przedsiębiorczynią, a może uprzywilejowaną, narcystyczną manipulantką?

Ewa Stanicka

Opublikowano: 7.01.2022 6 minczytania

ilustracja – girlboss

Ilustracja: Zuzanna Warszczyńska

  • Od kelnerki do milionerki
  • Wredna dziewczyna
  • Gdzie jest boyboss ?
  • Nieźle jak na dziewczynę
  • Praca się opłaca?

Nienagannie ubrana, pełna energii, odważnie stawiająca czoła wyzwaniom, jakie spotyka na swojej drodze… Girlboss jest – lub była – ideałem wielu osób, które marzą o sukcesie na własnych prawach. Okazuje się jednak, że jej podejście nie tylko nie ułatwia spełnienia tych marzeń, ale wręcz może je utrudniać.

Od kelnerki do milionerki

Termin girlboss zyskał popularność w 2014 roku, kiedy przedsiębiorczyni Sophia Amoruso wydała autobiografię pod takim właśnie tytułem. Opisała w niej swoją ścieżkę kariery, która wiodła od pracy w sieciowej restauracji Subway przez sprzedawanie ubrań vintage za pośrednictwem platformy eBay aż po szefowanie własnej marce. Jej firma odzieżowa Nasty Gal zatrudniała setki osób i generowała dochody tak wysokie, że zaledwie po kilku latach jej działalności magazyn Forbes ogłosił ją jedną z najbogatszych kobiet w świecie biznesu. Istotą sukcesów Amoruso miało być nieszablonowe podejście, określane przez nią jako płynięcie pod prąd w dziedzinie zdominowanej przez mężczyzn. Co to właściwie znaczy? Girlboss Amoruso odmawia uczestnictwa w wyzysku i w podejściu „po trupach do celu”, utożsamiane z męskim stylem robienia interesów. Zamiast tego stawia na autentyczną komunikację, nietuzinkowe rozwiązania i intuicyjne podejście. Radzi zacząć od niewielkich, osiągalnych celów, ale podkreśla też, że nie można bać się pobrudzenia sobie rąk przy pracy, która musi zostać wykonana. Z popełnianych błędów wyciąga wnioski i idzie dalej, bogatsza o nową wiedzę i doświadczenia. Przełomowe? Raczej nie – ot, garść ogólnych porad, jakie można znaleźć w licznych poradnikach dotyczących szeroko pojętego rozwoju.

Tym, co przyczyniło się do popularności girlboss, jest robiący wrażenie sukces autorki terminu oraz niezwykle silna persona medialna i setki tysięcy obserwujących, którzy pod tagiem #girlboss dzielili się swoimi przemyśleniami, wzajemnie się wspierali i motywowali. Powód stanowi także potrzeba posiadania przestrzeni, w której kobiety mogą działać na własnych zasadach. Dlaczego więc wystąpienie tego słowa na jednym z billboardów skutkowało usunięciem reklamy uznanej za seksistowską? Co sprawiło, że określenie to nabrało z czasem ironicznego posmaku? Psst! O seksualizacji kobiet w reklamach przeczytacie tu.

Wredna dziewczyna

Część odpowiedzi na to pytanie kryje się w dalszej historii Sophii Amoruso. Po kilku latach zarządzania generującą milionowe zyski firmą i zaangażowanej medialnej działalności przyszło załamanie. W 2015 roku Amoruso zrezygnowała ze stanowiska dyrektorki generalnej własnej marki, a jako powód podaje… brak przygotowania do tej roli. W wywiadzie dla „Forbesa” stwierdziła, że bez solidnego zaplecza biznesowej wiedzy i doświadczenia efektywne działanie na takim stanowisku jest w zasadzie niemożliwe. Zmiana roli Amoruso we własnym przedsiębiorstwie oraz coraz bardziej realna wizja bankructwa połączyły się z kolejnymi trudnościami – pracownicy Nasty Gal publicznie stwierdzają, że na co dzień szefowa niezbyt często przestrzega głoszonych przez siebie zasad. Niczym refren powtarza się zarzut kreowania „toksycznego środowiska pracy”. Niektóre osoby wstąpiły na drogę sądową – Amoruso oskarżano między innymi o zwalnianie ciężarnych. Na problemy wizerunkowe nie pomaga również produkowany przez Netflixa serial oparty na jej biografii – właściwie przynosi on wręcz przeciwny skutek. Widownia nie zostawia suchej nitki na bohaterce, która miała mieć „silny charakter”, a okazała się narcystyczną manipulantką. Producent rezygnuje z tego tytułu po pierwszym sezonie. Hasło girlboss powoli traci swój dotychczasowy blask.

Gdzie jest boyboss?

Niepowodzenia Sophii Amoruso to jednak tylko część problemu – może nawet średnio istotna. Samo określenie girlboss od początku swej medialnej kariery spotykało się z krytyką, szczególnie ze strony środowisk feministycznych. Sama Amoruso w wywiadzie dla „Elle” przyznała co prawda, że sama uważa się za feministkę, jednak wyznała, że nie lubi tego słowa, gdyż wydaje się jej „zbyt ciężkie” i „nie brzmi pozytywnie”. Wyraziła też nadzieję, że być może to właśnie girlboss jest nowym, lepszym określeniem feminizmu. Dlaczego jednak akurat girlboss, a nie chociaż womanboss? Czy określenie, które można przetłumaczyć jako „dziewczyna-szef”, nie ma infantylizującego charakteru i nie umniejsza osiągnięć osób z własnymi biznesami lub obejmujących stanowiska kierownicze? Obrońcy tego neologizmu uważają, że jest to próba swego rodzaju odzyskania „dziewczyńskości” – umniejszające zwroty takie jak „grasz jak dziewczyna” (czyli kiepsko) czy „dziewczyńska gadka” (czyli na miałkie tematy) rzucają negatywny cień na słowo, które powinno być neutralne. Magdalena Zawisza z Anglia Ruskin University uważa jednak, że nie jest to takie proste – zwraca uwagę na to, że takie słowotwórcze próby często kończą się niepowodzeniem, gdyż nie biorą pod uwagę szerszego spektrum problemu. Odseparowanie dziewczyn-szefów od całej reszty szefów wcale nie daje im dodatkowej siły – sprawia za to, że ich osiągnięcia postrzegane są na innych zasadach. Spróbujmy zresztą odwrócić sytuację – słowo boyboss nie powstało dlatego, że nie ma takiej potrzeby. Mężczyzna-szef ciągle stanowi korporacyjny standard. Kim jednak by był, gdyby istniał? Chłopak-szef brzmi jak ktoś, kto nie dorósł jeszcze do swojej roli. Nie wnosi to żadnej dodatkowej wartości. Dlaczego miałoby być inaczej w przypadku dziewczyny-szefa? Psst! O seksualizacji mężczyzn w reklamach przeczytacie tu.

Nieźle jak na dziewczynę

Infantylizacja i umniejszanie osiągnięć to jednak nie wszystko. Girlboss nie jest jedynie szefową – jest dziewczyną-szefową, a więc w pakiecie ze swoim tytułem dostaje jeszcze szereg dodatkowych wymogów związanych ze stereotypowym postrzeganiem płci oraz wszystkie wynikające z niego problemy. Jakkolwiek podkreślane przez Amoruso intuicja i troska mogą być przydatne w biznesie, powiązanie ich z płcią opiera się na kulturowym szablonie myślowym. Alexandra Solomon z Northwestern University wskazuje na jeszcze jeden aspekt, który możemy nazwać wizerunkowym: według przywoływanych przez nią badań kobiety u władzy są postrzegane jako… mniej dające się lubić. Identyfikowanie się z dziewczyną-szefem może więc być próbą utrzymania sympatii otoczenia. Nie ma niczego złego w pragnieniu bycia lubianą_ym, jednak sympatyczną girlboss czekają trudności, z którymi raczej nie muszą borykać się panowie-szefowie – jej zbyt miłe podejście będzie postrzegane jako naiwność, a przy wytyczaniu granic czeka ją oskarżenie, że jej przyjazne podejście jest tylko pozą. Określenie, które miało służyć wsparciu przedsiębiorczych kobiet, okazuje się kolejną pułapką.

Praca się opłaca?

Zostawmy już kwestie językowe – w rozważaniach o dziewczynach-szefach nie można pominąć istotnego aspektu społecznego. Dlaczego girlboss była lub jest potrzebna? Sama Amoruso wskazywała na potrzebę wypracowania nowego modelu, w którym sukces kobiet nie będzie mierzony wcześniej panującą patriarchalną miarą i usiłowała zaproponować swoje rozwiązanie, co wiele osób uznało za pomocne. Dotychczasowa „równość szans” polegała na udowadnianiu, że kobieta może poradzić sobie w świecie biznesu równie dobrze, co mężczyzna. Okazało się to jednak zadaniem o tyle trudnym, że aby w oczach społeczeństwa uchodzić za „wartościową”, nie może ona zaniedbywać także sfery rodzinnej. Wyobraźmy sobie nowoczesną bizneswoman z lat 80., która w kostiumie z watowanymi ramionami wydaje szorstkie polecenia podwładnym; nigdy nie widać po niej zmęczenia, a wychowanie dzieci przychodzi jej z łatwością – tak przynajmniej ma to wyglądać. Wydawałoby się, że te czasy mamy za sobą i coraz lepiej zdajemy sobie sprawę z problemów, jakie generuje mit „posiadania wszystkiego”. Girlboss jest jednak duchową córką naszej bizneswoman – przekonuje nas, że możemy mieć wszystko, jeśli tylko pracujemy odpowiednio ciężko. Że dowiemy się, jak to osiągnąć, jeżeli tylko przeczytamy książkę Amoruso. Że przyznawanie się do zmęczenia jest w porządku, ale łatwo można sobie z nim poradzić za pomocą praktyki mindfulness (taki wizerunek medialny przyczynił się zresztą do kojarzenia słowa girlboss z uprzywilejowanymi białymi kobietami, które dzięki zapleczu ekonomicznemu mogą pozwolić sobie na popełnianie biznesowych błędów). Mamy więc powtórkę ze znanej już pułapki, mimo że w zupełnie innym opakowaniu. Rzekomy feminizm dziewczyn-szefów okazuje się jedynie hasłem marketingowym umożliwiającym dotarcie do określonej grupy docelowej. Girlboss twierdzi, że jej cel stanowi przebudowa struktur społecznych, jednak wzmacnia ona jedynie istniejące już przekonania, że sukces życiowy wiąże się z sukcesem zawodowym, a sukces zawodowy z kolei niemal z automatu czyni nas autorytetem, który może wskazywać innym drogę.

Nie ulega wątpliwości, że wspieranie osób niebędących mężczyznami na drodze zawodowego rozwoju, szczególnie w dziedzinach przez dekady zdominowanych przez patriarchalne struktury, jest szalenie istotne. Proponowanie im nowej, tym razem „dziewczyńskiej” ramy nie wydaje się jednak najlepszym pomysłem. Zamiast wymyślać kolejne slogany, może lepiej byłoby zredukować ich liczbę do absolutnego minimum? Dobrej_dobrego szefowej_szefa nie poznaje się w końcu po tytule, jaki sobie nadaje.

Podobne

Regularna porcja wiedzy prosto do Twojej skrzynki

Co tydzień dzielimy się z Tobą specjalnie wybranymi artykułami, które piszemy we współpracy z ekspertami medycyny i psychologii. Co Ty na to?

Regularna porcja wiedzy prosto do Twojej skrzynki

Co tydzień dzielimy się z Tobą specjalnie wybranymi artykułami, które piszemy we współpracy z ekspertami medycyny i psychologii. Co Ty na to?

Autor_ka

Ewa Stanicka
Zobacz inne artykuły

Praca

Balagan od podszewki – o marce, która nie uznaje kompromisów

Z kartki papieru na sklepową półkę prowadzi droga pełna poprawek. Jak mówi współzałożycielka Agata Matlak-Lutyk: „Zazwyczaj te rzeczy wychodzą w bólach”.

Karolina Liczbińska